Mój afrykański sen

Wiele lat temu, kiedy zaczęła się moja przygoda z afrykańskimi pielęgnicami czytałem artykuły i oglądałem zdjęcia jeziora Malawi i jego mieszkańców. Marzyłem aby pewnego dnia wyruszyć i zobaczyć na własne oczy ryby w ich naturalnych środowisku, nie przypuszczając, że może się to kiedykolwiek ziścić.


Przypominam sobie kiedy jakieś dziesięciu lat temu dyskutowałem z moim przyjacielem i zarazem pasjonatem pielęgnic Alanem Dekerem o wyzwaniu, aby pewnego dnia dotrzeć do jeziora. Po wielu przeciwnościach losu związanych głównie z zawieraniem związków małżeńskich bądź z rozwodami, Alan i ja zadecydowaliśmy ostatecznie 18 miesięcy temu, że nic nie powstrzyma nas przed wyruszeniem w podróż. Zaczęliśmy planować wyjazd na wrzesień-październik ’98, a zatem najlepszy okres na odwiedzenie jeziora Malawi, kiedy woda jest bardzo czysta z końcem pory suchej, zanim nadejdą listopadowe deszcze. Pierwszym krokiem było skontaktowanie się przez e-mail ze Stuartem Grantem, znanym poławiaczem i eksporterem ryb, mieszkającym nad jeziorem. W liście zadaliśmy sporo pytań o to jak dotrzeć nad jezioro, w co się zaopatrzyć, o środki transportu itp. Mimo, że Stuart bardzo dokładnie odpowiedział na nasze pytania w gruncie rzeczy nie mógł służyć nam wielką pomocą. Doradził nam aby nasz bagaż był lekki i zaproponował, żebyśmy go odnaleźli kiedy tam dotrzemy, jeżeli w ogóle tam dotrzemy...

Spakowałem tylko niezbędne rzeczy, zabierając minimalną ilość ubrań, lekki śpiwór, karimatę, moskitierę, aparat fotograficzny, maskę i rurkę do nurkowania, oraz kilka innych najpotrzebniejszych drobiazgów mieszczących się w średniej wielkości plecaku.

Najpierw zarezerwowaliśmy powrotny bilet lotniczy do Harare, stolicy Zimbabwe, po czym zajęliśmy się sposobem dotarcia do Malawi, kiedy już znajdziemy się w Afryce. Tu zaczyna się zapis wydarzeń dzień po dniu, tak jak został on zachowany w moim pamiętniku.

Dzień 1:

Opuściliśmy Sydney o 9:20 rano z przesiadką w Perth i kolejną w Johannesburgu. To był długi, 20-godzinny lot. Dotarliśmy do Harare o 9:20 wieczorem i wzięliśmy taksówkę do jednego z wielu tanich moteli. Do istotnych niezbędników, które zabraliśmy ze sobą należał przewodnik Lonely Planet Guide Book, w którym wymienione były wszystkie tanie noclegownie w Zimbabwe i Malawi wraz z ich oceną. Książeczka ta oddała nam nieocenioną przysługę. Nie mogliśmy wciąż uwierzyć, że znajdujemy się w Afryce, ale błyskawicznie zapadliśmy w głęboki sen po tak długiej podróży.

Dzień 2:

Obudził nas piękny, ciepły i słoneczny dzień w Harare. Termometr wskazywał 32 stopnie C, ale w przeciwieństwie do wilgotności powietrza do której przyzwyczaiło nas Sydney, tu powietrze było bardzo suche. Harare jest pięknym nowoczesnym miastem, z ładnymi parkami, ogrodami i rozległymi targowiskami, na których można zaopatrzyć się w niedrogie kamienne i drewniane wyroby lokalnego rękodzielnictwa. Pojechaliśmy aby zarezerwować lot do stolicy Malawi, Lilongwe. Otwarty bilet w dwie strony kosztował nas zaledwie 83 USD. Kosztowałby nas znacznie więcej gdybyśmy rezerwowali go w Australii.

Dzień 3:

O 17:25 odlatywał nasz samolot więc przed południem udaliśmy się do parku zobaczyć lwy i gepardy. Przypuszczam, że większość ludzi przyjeżdża do Afryki właśnie w poszukiwaniu takich rozrywek, podczas gdy my skoncentrowani byliśmy wyłącznie na dotarciu nad jezioro Malawi. Po południu miałem nieprzyjemny incydent. Podczas wypisywania jednej z pocztówek na poczcie, położyłem na ladzie portfel i będąc pochłoniętym pisaniem nie zauważyłem ręki sięgającej po moją własność. Szczęśliwie Alan, doświadczony podróżnik, nie dał się zwieść i przyłapał złodziejaszka na gorącym uczynku. Na przyszłość muszę być ostrożniejszy. Nasz popołudniowy lot sięgnął celu w Lilongwe o 18:25. Zatrzymaliśmy się w taniej noclegowni nieopodal dworca autobusowego. Lilongwe różni się znacząco od Harare. Z chwilą przybycia nie da się nie zauważyć jak biednym krajem jest Malawi w porównaniu z Zimbabwe.

Dzień 4:

Kolejny dzień pełen spiekoty. Postanowiliśmy kierować się na Cape Maclear myśląc, że będzie tam najłatwiej dotrzeć. Jakby nie było to Park Narodowy, i co za tym idzie atrakcja turystyczna! - wnioskowaliśmy. Wynajęliśmy samochód aby przebyć te 200 km. W podróży sprawdzają się także autobusy jeżeli nie ma się nic przeciwko towarzystwu drobiu, kóz i mniej więcej 70 tubylców w pojeździe przeznaczonym dla 40 osób. Rozpoczęła się nasza droga przez PIEKŁO! Wielkie rozpadliny mogące pochłonąć dwupiętrowy autobus, fragmenty drogi podmyte przez wodę. Około 70 km trasy było czymś w rodzaju ścieżek pędzenia bydła, dzięki czemu 200 km przebyliśmy w 5 godzin. Sięgnęliśmy celu o 13ej dojeżdżając do rybackiej wioski Chembe Village położonej tuż nad jeziorem. Byliśmy spoceni, oblepieni kurzem, a aromat suszących się na stojakach ryb, który nas przywitał niemalże ściął nas z nóg. Byliśmy bardzo zdumieni brakiem turystów. Zastaliśmy kilka obskurnych noclegowni na krzyż zamiast hoteli, lepianki z dachami krytymi słomą... zdecydowanie nie była to turystyczna atrakcja jakiej oczekiwaliśmy. Warunki zakwaterowania były bardzo surowe. Jeden pokój bez prądu z dwoma łóżkami. Był przynajmniej tani, zaledwie 2,5 USD za nocleg dwóch osób. No i wreszcie znajdował się nieopodal nadbrzeża jeziora wychodząc wprost na Thumbi West Island.


Zrzuciliśmy nasze bagaże w pokoju i łapiąc za maski do nurkowania wybraliśmy się czym prędzej nad jezioro. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy musieli stawić czoła hordzie miejscowych chłopców chcących abyśmy wynajęli ich dłubane łódki i oferujących nam bezwartościowe drobiazgi do sprzedania. Zdołaliśmy wynegocjować ceny z kilkoma chłopcami, którzy zabrali nas do Mitande Rocks znajdującym się tuż przy Thumbi West Island. Pierwsze wrażenie po zanurzeniu w wodzie było nieprawdopodobne! Przekraczało ono wszelkie wyobrażalne granice. Nie mogliśmy nadziwić się zróżnicowaniu rybek i temu, jak blisko mogliśmy do nich podpłynąć. Były ich wszędzie niezliczone ilości, a ja byłem wreszcie w moim AFRYKAŃSKIM ŚNIE.


Widzieliśmy przecudnej urody 'B.B.Zebras', 'czerwonolice Tropheops', L.fuellborni, L.trewavasae, L.frieri, M.johanni, M.exasperatus, Ps.aurora, 'Cobalt Zebras', F.rostratus, T.macrostoma, C.euchilus, Ps.livingstoni, C.jacksoni, C.morrii, C.afra, P.elongatus, M.auratus, M.vermivorous, Petrotilapia, P.spilonotus i całą masę innych gatunków, których nie byliśmy w stanie zidentyfikować. A wszystko to tylko podczas godzinnego nurkowania. Kolory były tak intensywne, że miało się wrażenie podziwiania Wielkiej Rafy Koralowej. Fantastyczny spektakl! Byliśmy urzeczeni. Wróciliśmy by usiąść na plaży przy piwie, ale nie mogliśmy ochłonąć przez cały czas wymieniając nasze wrażenia.


Na plaży spotkaliśmy akwarystów z Danii, którzy byli nad Malawi od trzech tygodni i zatrzymali się u Stuarta Granta.

„Jest może z wami Ad Konings?” – zapytałem.
„Pewnie” – odpowiedzieli.
„Gdzie jest teraz?” - kontynuowałem.
„Tuż obok Ciebie”.

Nieprawdopodobne! Pierwszego dnia tutaj spotykamy Ada Koningsa. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu. Zatrzymał się na Cape Maclear na jedną noc. Rozprawialiśmy z Adem oraz trzema towarzyszącymi mu Duńczykami przez kilka godzin, po czym zostaliśmy zaproszeni na popołudniową pizzę przy piwie. To był niezwykły pierwszy dzień pobytu na Cape Maclear. Nasze początkowe niepowodzenia odeszły szybko w niepamięć. Nie mogę doczekać się dnia jutrzejszego.


Dzień 5:

Nie spałem zbyt dobrze. Myślę, że było to spowodowane podekscytowaniem wynikającym z faktu znajdowania się w tym miejscu. Dołączyliśmy do Ada i reszty na śniadanie, po czym nasze drogi się rozeszły. Ustaliliśmy jednak uprzednio, że spotkamy się w następnym tygodniu u Stuarta Granta. Alan i ja dobiliśmy targu z dwoma tubylcami, którego efektem był całodniowy pobyt na Thumbi West Island z popołudniową przekąską na wyspie w postaci rybki z rusztu. Nurkowaliśmy godzinami napotykając mieszkańców piaszczystych, podwodnych równin, ze sporych rozmiarów gniazdami Dimidiochromis kiwinge i dużymi przedstawicielami rodzaju Lethrinops. Mieliśmy sposobność podziwiać Aulonocara nyassae, a także Hemitilapia oxyrhynchus żerujące tuż nad obszarami pokrytymi roślinnością. Obserwowaliśmy Polystigma i Linni polujące na narybek Mbuna. Ponownie dane nam było zobaczyć większość gatunków, które oglądaliśmy podczas pierwszego dnia. Niezmiennie urzeka nas fakt, jak blisko ryb możemy  podpłynąć. Zdarza się, że trzeba je nieco odstraszyć bo podpływają zbyt blisko, aby je sfotografować.


Dzień 6:

Po około 7 godzinach nurkowania poprzedniego dnia postanowiliśmy tym razem zrobić coś innego. Wynajęliśmy łódź motorową i wybraliśmy się parę kilometrów wzdłuż brzegu aby zobaczyć hipopotamy. Widzieliśmy tylko 6 sztuk, które ledwie wystawiły z wody czubek głowy. Nie mogliśmy zbliżyć się zanadto, najwyżej jakieś 50 metrów, gdyż mogły one zaatakować łódź. Co ciekawe, hipopotamy zabijają w Afryce każdego roku więcej ludzi niż jakiekolwiek inne zwierzęta. W drodze powrotnej znowu zanurzyliśmy się w jeziorze obserwując więcej przedstawicieli rodzajów Polystigmas, Oxyrhynchus i Lethrinops.

Zakończyliśmy kolejny długi, gorący i pełen afrykańskiego słońca dzień spożywając rybę i trochę ryżu. Położyliśmy się spać wcześnie wyczerpani lejącym się z nieba ukropem.


Dzień 7:

Dziś wynajęliśmy łódkę do Domwe Island i Ilala Gap, jakieś 2-3 km stąd. Zajęło nam to około godziny nieustannego wiosłowania, ale udało się tam dotrzeć. Okolice Domwe Island różniły się diametralnie od rejonów, które oglądaliśmy do tej pory. Wody rejonów Domwe Island były bardzo głębokie i pełno w nich było olbrzymich głazów otaczających wyspę.


Zaobserwowaliśmy rozmaite gatunki należące do grupy Utaka, kilka O.B. Tropheops, zarówno samce jak i samice, a także przepiękne elongatus z żółtym pasem wzdłuż ciała i płetwy ogonowej. W cieśninie pomiędzy Domwe Island i Cape Maclear, nazywanej Ilala Gap, natknęliśmy się na Protomelas labridens i okazałych rozmiarów wybarwione samce rodzaju Rostratus. W okolicach przylądka Cape Maclear ponownie podziwialiśmy wielu przedstawicieli Aulonocara nyassae przebywających na całkiem sporej głębokości, co utrudniało ich fotografowanie. Spotkaliśmy także nadzwyczaj kolorowe Pseudotropheus microstoma, które hodowałem w akwarium przed 20 laty.

Widzieliśmy tak wielu prześlicznie wybarwionych przedstawicieli Mbuna i były one tak powszechne, że były chwile kiedy przestawaliśmy je zauważać.


Na obiad jedliśmy rybę i ryż. Dopiero teraz zauważyłem, że na Cape Maclear jedzenie nie jest specjalnie urozmaicone. Przynajmniej zdrowo się odżywiamy – w pobliżu nie widać żadnego McDonalds’a czy KFC.

Dzień 8:

Alan dziś pierwszy raz nurkował z akwalungiem z parą młodych ludzi prowadzących szkółkę nurkowania na Cape Maclear. Ona jest naszą rodaczką z Australii, a on pochodzi z Afryki Południowej. Oboje zakochali się w jeziorze Malawi podczas podróżowania po Afryce. Postanowili się tu osiedlić i rozpocząć wspólny interes nad jeziorem. Wybrałem się z nimi towarzysząc im na łodzi z której schodzili pod wodę, później również nurkując z drugiej strony Thumbi West Island w miejscu zwanym Free Anchor Bay. Tam napotkałem po raz pierwszy wybarwionego samca Sciaenochromis fryeri „Electric Blue” Ahli i pięknego L.trewavasae. Kiedy Alan wyszedł na powierzchnię opowiedział o parze Kampangos, które widział w sporej rozpadlinie pilnujących swojego narybku. Według relacji Alana ryby były ponad metrowej długości.


Po południu postanowiliśmy wybrać się kajakiem do Otter Point i Otter Island. Myśleliśmy, że będzie to łatwa wycieczka. Nic z tych rzeczy! Znaleźliśmy się pod wodą zanim przepłynęliśmy pierwsze 50 metrów. W końcu udało nam się opanować manewrowanie na tyle, żeby dotrzeć do Otter Point.


Zaletą pozostawania w okolicy Cape Maclear jest fakt, że znajduje się tu wiele znakomitych miejsc do nurkowania oddalonych od siebie zaledwie o kilka kilometrów. Co więcej w okolicach każdej z wysepek występuje zróżnicowana i niepowtarzalna fauna. Najbardziej wyróżniającą się rybą okolic Otter Point jest gatunek Tropheops nazywany "Gold Otter", którego zarówno samiec jak i samica posiadają jasnożółte ubarwienie. Naprawdę piękny okaz.

W oczy rzucał się również imponujący Nyassachromis z jasnoniebieską głową i żółtym ubarwieniem ciała. Prawdopodobnie był to N. Prostoma. Podczas drogi powrotnej zaczął wiać silny wiatr wywołujący fale na tyle silne, że pojawiło się przed nami widmo kolejnej nieplanowanej kąpieli. Tym razem jednak obyło się bez wywrotki, co zawdzięczamy bardziej szczęściu niż naszym umiejętnościom wioślarskim. Podczas gdy wieje wiatr na powierzchni jeziora pojawiają się całkiem spore fale i lepiej nie zapuszczać się dalej od brzegu. Na obiad dzisiaj mieliśmy żeberka. Nie wiem dokładnie czego to były żeberka, ale smakowały niczego sobie więc wolałem nie ryzykować pytania. Zawsze to jakaś odmiana od ryb i ryżu.


Dzień 9:

Po tygodniu spędzonym na Cape Maclear zdecydowaliśmy, że czas najwyższy skierować się na Kambiri Point, aby zobaczyć się ze Stuartem Grantem. Próbowaliśmy kilka razy skorzystać z telefonu, żeby uprzedzić o naszym przybyciu, ale ten był niezmiennie nieczynny. Zadecydowaliśmy więc, że wybierzemy się bez zapowiedzi i zobaczymy co z tego wyniknie. Zorganizowaliśmy przewiezienie z Cape Maclear małą ciężarówką z dziesięcioma innymi poszukiwaczami przygód. To była ciężka podróż w kłębach pyłu i palącym żarze słońca, ale było dosyć wesoło. Minęły jakieś 3 godziny zanim dotarliśmy do Salima, miejsca znajdującego się w odległości jakichś 20 km od lokalizacji siedziby Stuarta Granta. Zaczęliśmy pieszą wędrówkę mając nadzieję, na złapanie po drodze jakiejś okazji. Po godzinie tej wycieczki zabrała nas jakaś kobieta pytając dokąd się kierujemy. „Do Stuarta Granta” - odparliśmy. Roześmiała się. „Jestem jego żoną” - powiedziała. Ponownie nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Wyrzuciła nas tuż przy znajdującej się nieopodal Senga Bay restauracji „Red Zebra”, której jest właścicielką, gdzie posiedzieliśmy jakiś czas, podczas gdy ona sama udała się na pogrzeb lokalnego wodza. Gdy dotarliśmy do celu naszej podróży Stuart był szczerze zdumiony, że przebyliśmy tak dużą odległość wyruszając aż Australii. Mimo faktu, że nasze pojawienie się było niezapowiedziane ugościł nas bardzo serdecznie i powiedział, żebyśmy czuli się jak u siebie. Tego wieczoru pojawił się również Ad wracający z zakończonej właśnie wyprawy nad obszar jeziora znajdujący się na terenie Mozambiku. Towarzyszyło mu troje poznanych wcześniej Duńczyków, angielka Mary Bailey, młody Amerykanin Ryan i Martin Geerts, przyjaciel Ada z Holandii. Kiedy zasiedliśmy do obiadu tego wieczoru, ze Stuartem siedzącym przy stole, Adem Koningsem z jego prawej, a Mary Bailey z przeciwnej strony, czułem się zaszczycony mogąc przebywać w towarzystwie bez wątpienia najbardziej szacownych i znanych entuzjastów pielęgnic na świecie. Wrażenia tego nigdy nie zapomnę. Razem z nami przy stole zasiadała Ester, żona Stuarta, Irv Korfield, znany ichtiolog, jego asystent Ryan, Martin oraz troje Duńczyków.

Dzień 10:

Ustaliliśmy, że następnego dnia razem ze Stuartem i Adem udamy się na Mbenji Island. Większość dnia spędziliśmy oglądając zbiorniki hodowlane Stuarta, zafascynowani różnorodnością ryb pochodzących z przeróżnych zakątków jeziora. Odpoczywaliśmy.

Dzień 11:

Wyruszyliśmy o 8 rano z Kambiri Point w kierunku Mbenji Island na łodzi Stuarta nazwanej na cześć jego córki Lady Louise. Podróż zajęła około 4 godzin. W ciągu godzinnego nurkowania widzieliśmy prawdziwą 'Mbenji Red top Zebra,' (nie Ps.greyshakei, który nazywany był Mbenji kiedy pierwszy raz go eksportowano),  Ps. Barlowi, ładną żółtą odmianę elongatus, żółtego tropheops z błękitnie połyskującą głową nazywany 'Mbenji yellow', oraz Ps.lombardoi. Były to wspaniałe chwile, mimo faktu, że woda nie była tak czysta, jak na Cape Maclear. Wracając do domu Alana złapała lekka choroba morska. Szczur lądowy, musi się nauczyć marynarskiego kroku. Dobrze, że obyło się bez wiszenia za burtą. Kolejny szczęśliwy dzień!

Dzień 12:

Stuart zarezerwował dla nas prom Ilala na Likoma Island. Przewidywany czas wypłynięcia z Chipoka był ustalony na 5 po południu i po całonocnej podróży miał on dotrzeć do Likoma. Niestety kiedy dotarliśmy do Chipoka okazało się, że prom nie opuścił jeszcze Monkey Bay. Prawdopodobnie czekał na dostawę paliwa. Wynajęliśmy pokoik w pobliżu żeby poczekać na prom, którego czas przybycia szacowano na co najmniej 8 godzin.

Dzień 13:

Prom cały czas nie dotarł mimo, że była 6 rano. Mając tylko kilka dni w zanadrzu przed lotem powrotnym do Harare postanowiliśmy wrócić na Cape Maclear. Dotarliśmy tam podróżując na wszelkie możliwe sposoby od autobusu począwszy, przez mikrobus, na zdezelowanych pickupach skończywszy. Byliśmy na miejscu po południu. Kiedy osiągnęliśmy Chembe Village cała społeczność wioski cieszyła się z naszego powrotu. Wykrzykiwali na nasze powitanie. Komitet powitalny pełną gębą.


Dzień 14:

Nareszcie chłodniejszy dzień. Pełen relaksu na plaży. Mieszkańcy Malawi to bardzo przychylni i pogodni ludzie. Spędzamy więcej czasu z tubylcami niż z innymi turystami. Czujemy pełną akceptację z ich strony i przyzwyczailiśmy się do stylu życia w Chembe Village. Odpowiada nam panujący tu spokój i bliskość jeziora, wokół którego koncentruje się życie mieszkańców. Stąd czerpią zasoby wody i pożywienia. Myślę, że to prawdziwe szczęście. Bardzo chciałbym, żeby miejsce to zachowało swój niezmieniony, rajski charakter przez wiele, wiele lat.

Dzień 15:

Dzisiaj próbowaliśmy sami wiosłując dotrzeć do Thumbi West Island w dłubance. Nie wydawało nam się, żeby była to jakaś wielka sztuka. Pudło! Kręciliśmy się tylko w kółko. Cała społeczność wioski instruowała nas z plaży wykrzykując i zanosząc się od śmiechu. Udało nam się tam jakoś dotrzeć kręcąc nieustające piruety. Kiedy wróciliśmy byliśmy do cna wyczerpani. Zakończyliśmy dzień pieczeniem ryb na plaży po czym o 9 wieczorem poszedłem spać. Po zmroku nie za bardzo jest się czym zająć, ze względu na brak elektryczności. Większość zapisków prowadzę wieczorami przy latarce.


Dzień 16:

Wynajęliśmy z Alanem łódź, aby dostać się na Mumbo Island, położoną 6 km od brzegu. Była to bardzo udana wyprawa podczas, której widzieliśmy śnieżnobiałe Labidochromis, urodziwą odmianę Tropheops zwaną 'Tropheops Lilac', również pięknie wybarwionego samca Echilus i wiele innych ryb z grupy Utaka. Obiad składał się z ryb i ryżu. Oddałbym DUSZĘ za wołowe bitki.


Dzień 17 – Ostatni cały dzień nad jeziorem:

Próbowałem dzisiaj trochę popływać na desce imitującej surfing. Nie jestem w tym najlepszy ale zabawa była przednia. Byliśmy ponownie nurkować w okolicach Otter Point. Woda była zmącona przez to, że dzień był dosyć wietrzny. Miałem wiele szczęścia mogąc zobaczyć parę Tilapia redallii, gatunek, który można zaobserwować głównie przy ujściach rzek, i który jest jedynym gatunkiem jajorodnym oraz nieendemicznym w jeziorze Malawi. Tego wieczora kilku miejscowych chłopaków ugotowało dla nas kaczkę na plaży, jako pożegnalny prezent. Dałem im moją maskę i rurkę do nurkowania na pamiątkę. Jest to rzecz nie do zdobycia w całym Malawi. Mając ten drobiazg będą mogli trochę zarobić zabierając na łódki turystów i pokazując im ryby. Zaskakujący był fakt, że większość z przewijających się w Cape Maclear turystów prawie nic nie wiedziała o pielęgnicach z jeziora. Większość z nich zatrzymała się tu przypadkowo, podróżując przez Afrykę z nastawieniem na odpoczynek i relaks, najchętniej w kłębach skrętów z lokalnych traw.


Dzień 18:

Nadszedł czas odjazdu. Czuliśmy głęboki smutek musząc rozstawać się z przyjaciółmi, których poznaliśmy na Cape Maclear i spoglądając na oddalającą się wioskę z wiozącej nas ciężarówki obiecaliśmy sobie, że pewnego dnia wrócimy nad Malawi – GORĄCE SERCE AFRYKI.

tekst i zdjęcia Steve Thompson
tłum. Marcin 'truposz' Łakomy

ARCHIWUM 2000-2006 © Copyright info: PolskieMalawi

Artykuł ten po raz pierwszy ukazał się na łamach "Cichlid Circular", NSW Cichlid Society, a następnie  Aquarticles, tu zaś prezentowany jest za zgodą autora.
W oryginale można go przeczytać tutaj.