|
Mój
afrykański sen
Przypominam sobie kiedy jakieś dziesięciu lat temu
dyskutowałem z moim przyjacielem i zarazem pasjonatem pielęgnic Alanem
Dekerem o wyzwaniu, aby pewnego dnia dotrzeć do jeziora. Po wielu
przeciwnościach losu związanych głównie z zawieraniem związków
małżeńskich bądź z rozwodami, Alan i ja zadecydowaliśmy ostatecznie 18
miesięcy temu, że nic nie powstrzyma nas przed wyruszeniem w podróż.
Zaczęliśmy planować wyjazd na wrzesień-październik ’98, a zatem
najlepszy okres na odwiedzenie jeziora Malawi, kiedy woda jest bardzo
czysta z końcem pory suchej, zanim nadejdą listopadowe deszcze.
Pierwszym krokiem było skontaktowanie się przez e-mail ze Stuartem
Grantem, znanym poławiaczem i eksporterem ryb, mieszkającym nad
jeziorem. W liście zadaliśmy sporo pytań o to jak dotrzeć nad jezioro,
w co się zaopatrzyć, o środki transportu itp. Mimo, że Stuart bardzo
dokładnie odpowiedział na nasze pytania w gruncie rzeczy nie mógł
służyć nam wielką pomocą. Doradził nam aby nasz bagaż był lekki i
zaproponował, żebyśmy go odnaleźli kiedy tam dotrzemy, jeżeli w ogóle
tam dotrzemy...
Dzień
1:
Opuściliśmy Sydney o 9:20 rano z przesiadką w Perth i kolejną w Johannesburgu. To był długi, 20-godzinny lot. Dotarliśmy do Harare o 9:20 wieczorem i wzięliśmy taksówkę do jednego z wielu tanich moteli. Do istotnych niezbędników, które zabraliśmy ze sobą należał przewodnik Lonely Planet Guide Book, w którym wymienione były wszystkie tanie noclegownie w Zimbabwe i Malawi wraz z ich oceną. Książeczka ta oddała nam nieocenioną przysługę. Nie mogliśmy wciąż uwierzyć, że znajdujemy się w Afryce, ale błyskawicznie zapadliśmy w głęboki sen po tak długiej podróży. Dzień 2:Obudził nas piękny, ciepły i słoneczny dzień w Harare. Termometr wskazywał 32 stopnie C, ale w przeciwieństwie do wilgotności powietrza do której przyzwyczaiło nas Sydney, tu powietrze było bardzo suche. Harare jest pięknym nowoczesnym miastem, z ładnymi parkami, ogrodami i rozległymi targowiskami, na których można zaopatrzyć się w niedrogie kamienne i drewniane wyroby lokalnego rękodzielnictwa. Pojechaliśmy aby zarezerwować lot do stolicy Malawi, Lilongwe. Otwarty bilet w dwie strony kosztował nas zaledwie 83 USD. Kosztowałby nas znacznie więcej gdybyśmy rezerwowali go w Australii. Dzień 3: O 17:25 odlatywał nasz samolot więc przed południem udaliśmy się do parku zobaczyć lwy i gepardy. Przypuszczam, że większość ludzi przyjeżdża do Afryki właśnie w poszukiwaniu takich rozrywek, podczas gdy my skoncentrowani byliśmy wyłącznie na dotarciu nad jezioro Malawi. Po południu miałem nieprzyjemny incydent. Podczas wypisywania jednej z pocztówek na poczcie, położyłem na ladzie portfel i będąc pochłoniętym pisaniem nie zauważyłem ręki sięgającej po moją własność. Szczęśliwie Alan, doświadczony podróżnik, nie dał się zwieść i przyłapał złodziejaszka na gorącym uczynku. Na przyszłość muszę być ostrożniejszy. Nasz popołudniowy lot sięgnął celu w Lilongwe o 18:25. Zatrzymaliśmy się w taniej noclegowni nieopodal dworca autobusowego. Lilongwe różni się znacząco od Harare. Z chwilą przybycia nie da się nie zauważyć jak biednym krajem jest Malawi w porównaniu z Zimbabwe. Dzień 4:
Kolejny dzień pełen spiekoty. Postanowiliśmy kierować się
na Cape Maclear myśląc, że będzie tam najłatwiej dotrzeć. Jakby nie
było to Park Narodowy, i co za tym idzie atrakcja turystyczna! -
wnioskowaliśmy. Wynajęliśmy samochód aby przebyć te 200 km. W podróży
sprawdzają się także autobusy jeżeli nie ma się nic przeciwko
towarzystwu drobiu, kóz i mniej więcej 70 tubylców w pojeździe
przeznaczonym dla 40 osób. Rozpoczęła się nasza droga przez PIEKŁO!
Wielkie rozpadliny mogące pochłonąć dwupiętrowy autobus, fragmenty
drogi podmyte przez wodę. Około 70 km trasy było czymś w rodzaju
ścieżek pędzenia bydła, dzięki czemu 200 km przebyliśmy w 5 godzin.
Sięgnęliśmy celu o 13ej dojeżdżając do rybackiej wioski Chembe Village
położonej tuż nad jeziorem. Byliśmy spoceni, oblepieni kurzem, a aromat
suszących się na stojakach ryb, który nas przywitał niemalże ściął nas
z nóg. Byliśmy bardzo zdumieni brakiem turystów. Zastaliśmy kilka
obskurnych noclegowni na krzyż zamiast hoteli, lepianki z dachami
krytymi słomą... zdecydowanie nie była to turystyczna atrakcja jakiej
oczekiwaliśmy. Warunki zakwaterowania były bardzo surowe. Jeden pokój
bez prądu z dwoma łóżkami. Był przynajmniej tani, zaledwie 2,5 USD za
nocleg dwóch osób. No i wreszcie znajdował się nieopodal nadbrzeża
jeziora wychodząc wprost na Thumbi West Island.
Zrzuciliśmy
nasze bagaże w pokoju i łapiąc za maski do nurkowania wybraliśmy się
czym prędzej nad jezioro. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy
musieli stawić czoła hordzie miejscowych chłopców chcących abyśmy
wynajęli ich dłubane łódki i oferujących nam bezwartościowe drobiazgi do
sprzedania. Zdołaliśmy wynegocjować ceny z kilkoma chłopcami, którzy
zabrali nas do Mitande Rocks znajdującym się tuż przy Thumbi West
Island. Pierwsze wrażenie po zanurzeniu w wodzie było nieprawdopodobne!
Przekraczało ono wszelkie wyobrażalne granice. Nie mogliśmy nadziwić się
zróżnicowaniu rybek i temu, jak blisko mogliśmy do nich podpłynąć. Były
ich wszędzie niezliczone ilości, a ja byłem wreszcie w moim AFRYKAŃSKIM
ŚNIE.
Widzieliśmy przecudnej urody 'B.B.Zebras',
'czerwonolice Tropheops', L.fuellborni, L.trewavasae,
L.frieri, M.johanni, M.exasperatus, Ps.aurora, 'Cobalt
Zebras', F.rostratus, T.macrostoma, C.euchilus, Ps.livingstoni,
C.jacksoni, C.morrii, C.afra, P.elongatus, M.auratus, M.vermivorous,
Petrotilapia, P.spilonotus i całą masę innych gatunków,
których nie byliśmy w stanie zidentyfikować. A wszystko to tylko
podczas godzinnego nurkowania. Kolory były tak intensywne, że miało się
wrażenie podziwiania Wielkiej Rafy Koralowej. Fantastyczny spektakl! Byliśmy urzeczeni. Wróciliśmy
by usiąść na plaży przy piwie, ale nie mogliśmy ochłonąć przez cały
czas wymieniając nasze wrażenia.
Na
plaży spotkaliśmy akwarystów z Danii, którzy byli nad Malawi od trzech
tygodni i zatrzymali się u Stuarta Granta.
Dzień 5:
Nie spałem zbyt dobrze. Myślę,
że było to spowodowane podekscytowaniem wynikającym z faktu znajdowania
się w tym miejscu. Dołączyliśmy do Ada i reszty na śniadanie, po czym
nasze drogi się rozeszły. Ustaliliśmy jednak uprzednio, że spotkamy się
w następnym tygodniu u Stuarta Granta. Alan i ja dobiliśmy targu z
dwoma tubylcami, którego efektem był całodniowy pobyt na Thumbi West
Island z popołudniową przekąską na wyspie w postaci rybki z rusztu.
Nurkowaliśmy godzinami napotykając mieszkańców piaszczystych,
podwodnych równin, ze sporych rozmiarów gniazdami Dimidiochromis kiwinge i dużymi przedstawicielami rodzaju Lethrinops. Mieliśmy sposobność podziwiać Aulonocara nyassae, a także Hemitilapia oxyrhynchus żerujące tuż nad obszarami
pokrytymi roślinnością. Obserwowaliśmy Polystigma i Linni
polujące na narybek Mbuna. Ponownie dane nam było zobaczyć większość
gatunków, które oglądaliśmy podczas pierwszego dnia. Niezmiennie urzeka
nas fakt, jak blisko ryb możemy podpłynąć.
Zdarza się, że trzeba je nieco odstraszyć bo podpływają zbyt blisko, aby
je sfotografować.
Dzień 6:
Po około 7 godzinach nurkowania poprzedniego dnia
postanowiliśmy tym razem zrobić coś innego. Wynajęliśmy łódź motorową i
wybraliśmy się parę kilometrów wzdłuż brzegu aby zobaczyć hipopotamy.
Widzieliśmy tylko 6 sztuk, które ledwie wystawiły z wody czubek głowy.
Nie mogliśmy zbliżyć się zanadto, najwyżej jakieś 50 metrów, gdyż mogły
one zaatakować łódź. Co ciekawe, hipopotamy zabijają w Afryce każdego
roku więcej ludzi niż jakiekolwiek inne zwierzęta. W drodze powrotnej
znowu zanurzyliśmy się w jeziorze obserwując więcej przedstawicieli
rodzajów Polystigmas, Oxyrhynchus i Lethrinops.
Dzień 7:
Dziś wynajęliśmy łódkę do Domwe Island i Ilala Gap, jakieś
2-3 km stąd. Zajęło nam to około godziny nieustannego wiosłowania, ale
udało się tam dotrzeć. Okolice Domwe Island różniły się diametralnie od
rejonów, które oglądaliśmy do tej pory. Wody rejonów Domwe Island były
bardzo głębokie i pełno w nich było olbrzymich głazów otaczających
wyspę.
Zaobserwowaliśmy rozmaite gatunki należące do grupy Utaka,
kilka O.B. Tropheops,
zarówno samce jak i samice, a także przepiękne elongatus z żółtym pasem wzdłuż ciała i płetwy
ogonowej. W cieśninie pomiędzy Domwe Island i Cape Maclear, nazywanej
Ilala Gap, natknęliśmy się na Protomelas labridens i okazałych rozmiarów wybarwione samce
rodzaju Rostratus. W
okolicach przylądka Cape Maclear ponownie podziwialiśmy wielu
przedstawicieli Aulonocara nyassae przebywających na całkiem sporej
głębokości, co utrudniało ich fotografowanie. Spotkaliśmy także
nadzwyczaj kolorowe Pseudotropheus microstoma, które hodowałem w akwarium przed 20 laty.
Na obiad jedliśmy rybę i ryż. Dopiero teraz zauważyłem, że na Cape Maclear jedzenie nie jest specjalnie urozmaicone. Przynajmniej zdrowo się odżywiamy – w pobliżu nie widać żadnego McDonalds’a czy KFC. Dzień 8:
Alan dziś pierwszy raz nurkował z akwalungiem z parą
młodych ludzi prowadzących szkółkę nurkowania na Cape Maclear. Ona jest
naszą rodaczką z Australii, a on pochodzi z Afryki Południowej. Oboje
zakochali się w jeziorze Malawi podczas podróżowania po Afryce.
Postanowili się tu osiedlić i rozpocząć wspólny interes nad jeziorem.
Wybrałem się z nimi towarzysząc im na łodzi z której schodzili pod wodę,
później również nurkując z drugiej strony Thumbi West Island w miejscu
zwanym Free Anchor Bay. Tam napotkałem po raz pierwszy wybarwionego
samca Sciaenochromis
fryeri „Electric Blue” Ahli i pięknego L.trewavasae.
Kiedy Alan wyszedł na powierzchnię opowiedział o parze Kampangos, które widział w sporej rozpadlinie
pilnujących swojego narybku. Według relacji Alana ryby były ponad
metrowej długości.
Po południu postanowiliśmy wybrać się kajakiem do Otter
Point i Otter Island. Myśleliśmy, że będzie to łatwa wycieczka. Nic z
tych rzeczy! Znaleźliśmy się pod wodą zanim przepłynęliśmy pierwsze 50
metrów. W końcu udało nam się opanować manewrowanie na tyle, żeby
dotrzeć do Otter Point.
Zaletą pozostawania w okolicy Cape Maclear jest fakt, że
znajduje się tu wiele znakomitych miejsc do nurkowania oddalonych od
siebie zaledwie o kilka kilometrów. Co więcej w okolicach każdej z
wysepek występuje zróżnicowana i niepowtarzalna fauna. Najbardziej
wyróżniającą się rybą okolic Otter Point jest gatunek Tropheops
nazywany "Gold Otter", którego zarówno samiec jak i samica posiadają
jasnożółte ubarwienie. Naprawdę piękny okaz.
Dzień 9:
Po tygodniu spędzonym na Cape Maclear zdecydowaliśmy, że czas najwyższy skierować się na Kambiri Point, aby zobaczyć się ze Stuartem Grantem. Próbowaliśmy kilka razy skorzystać z telefonu, żeby uprzedzić o naszym przybyciu, ale ten był niezmiennie nieczynny. Zadecydowaliśmy więc, że wybierzemy się bez zapowiedzi i zobaczymy co z tego wyniknie. Zorganizowaliśmy przewiezienie z Cape Maclear małą ciężarówką z dziesięcioma innymi poszukiwaczami przygód. To była ciężka podróż w kłębach pyłu i palącym żarze słońca, ale było dosyć wesoło. Minęły jakieś 3 godziny zanim dotarliśmy do Salima, miejsca znajdującego się w odległości jakichś 20 km od lokalizacji siedziby Stuarta Granta. Zaczęliśmy pieszą wędrówkę mając nadzieję, na złapanie po drodze jakiejś okazji. Po godzinie tej wycieczki zabrała nas jakaś kobieta pytając dokąd się kierujemy. „Do Stuarta Granta” - odparliśmy. Roześmiała się. „Jestem jego żoną” - powiedziała. Ponownie nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Wyrzuciła nas tuż przy znajdującej się nieopodal Senga Bay restauracji „Red Zebra”, której jest właścicielką, gdzie posiedzieliśmy jakiś czas, podczas gdy ona sama udała się na pogrzeb lokalnego wodza. Gdy dotarliśmy do celu naszej podróży Stuart był szczerze zdumiony, że przebyliśmy tak dużą odległość wyruszając aż Australii. Mimo faktu, że nasze pojawienie się było niezapowiedziane ugościł nas bardzo serdecznie i powiedział, żebyśmy czuli się jak u siebie. Tego wieczoru pojawił się również Ad wracający z zakończonej właśnie wyprawy nad obszar jeziora znajdujący się na terenie Mozambiku. Towarzyszyło mu troje poznanych wcześniej Duńczyków, angielka Mary Bailey, młody Amerykanin Ryan i Martin Geerts, przyjaciel Ada z Holandii. Kiedy zasiedliśmy do obiadu tego wieczoru, ze Stuartem siedzącym przy stole, Adem Koningsem z jego prawej, a Mary Bailey z przeciwnej strony, czułem się zaszczycony mogąc przebywać w towarzystwie bez wątpienia najbardziej szacownych i znanych entuzjastów pielęgnic na świecie. Wrażenia tego nigdy nie zapomnę. Razem z nami przy stole zasiadała Ester, żona Stuarta, Irv Korfield, znany ichtiolog, jego asystent Ryan, Martin oraz troje Duńczyków. Dzień 10:
Ustaliliśmy, że następnego dnia razem ze Stuartem i Adem udamy się na Mbenji Island. Większość dnia spędziliśmy oglądając zbiorniki hodowlane Stuarta, zafascynowani różnorodnością ryb pochodzących z przeróżnych zakątków jeziora. Odpoczywaliśmy.
Dzień 11:
Wyruszyliśmy o 8 rano z Kambiri Point w kierunku Mbenji Island na łodzi Stuarta nazwanej na cześć jego córki Lady Louise. Podróż zajęła około 4 godzin. W ciągu godzinnego nurkowania widzieliśmy prawdziwą 'Mbenji Red top Zebra,' (nie Ps.greyshakei, który nazywany był Mbenji kiedy pierwszy raz go eksportowano), Ps. Barlowi, ładną żółtą odmianę elongatus, żółtego tropheops z błękitnie połyskującą głową nazywany 'Mbenji yellow', oraz Ps.lombardoi. Były to wspaniałe chwile, mimo faktu, że woda nie była tak czysta, jak na Cape Maclear. Wracając do domu Alana złapała lekka choroba morska. Szczur lądowy, musi się nauczyć marynarskiego kroku. Dobrze, że obyło się bez wiszenia za burtą. Kolejny szczęśliwy dzień! Dzień 12:
Stuart zarezerwował dla nas prom Ilala na Likoma Island. Przewidywany czas wypłynięcia z Chipoka był ustalony na 5 po południu i po całonocnej podróży miał on dotrzeć do Likoma. Niestety kiedy dotarliśmy do Chipoka okazało się, że prom nie opuścił jeszcze Monkey Bay. Prawdopodobnie czekał na dostawę paliwa. Wynajęliśmy pokoik w pobliżu żeby poczekać na prom, którego czas przybycia szacowano na co najmniej 8 godzin.
Dzień 13:
Prom cały czas nie dotarł mimo, że była 6 rano. Mając
tylko kilka dni w zanadrzu przed lotem powrotnym do Harare
postanowiliśmy wrócić na Cape Maclear. Dotarliśmy tam podróżując na
wszelkie możliwe sposoby od autobusu począwszy, przez mikrobus, na
zdezelowanych pickupach skończywszy.
Byliśmy na miejscu po południu. Kiedy osiągnęliśmy Chembe Village cała
społeczność wioski cieszyła się z naszego powrotu. Wykrzykiwali na
nasze powitanie. Komitet powitalny pełną gębą.
Dzień 14:
Nareszcie chłodniejszy dzień. Pełen relaksu na plaży. Mieszkańcy Malawi to bardzo przychylni i pogodni ludzie. Spędzamy więcej czasu z tubylcami niż z innymi turystami. Czujemy pełną akceptację z ich strony i przyzwyczailiśmy się do stylu życia w Chembe Village. Odpowiada nam panujący tu spokój i bliskość jeziora, wokół którego koncentruje się życie mieszkańców. Stąd czerpią zasoby wody i pożywienia. Myślę, że to prawdziwe szczęście. Bardzo chciałbym, żeby miejsce to zachowało swój niezmieniony, rajski charakter przez wiele, wiele lat. Dzień 15:
Dzisiaj próbowaliśmy sami wiosłując dotrzeć do Thumbi West
Island w dłubance. Nie wydawało nam się, żeby była to jakaś wielka
sztuka. Pudło! Kręciliśmy się
tylko w kółko. Cała społeczność wioski instruowała nas z plaży
wykrzykując i zanosząc się od śmiechu. Udało nam się tam jakoś dotrzeć
kręcąc nieustające piruety. Kiedy wróciliśmy byliśmy do cna wyczerpani.
Zakończyliśmy dzień pieczeniem ryb na plaży po czym o 9 wieczorem
poszedłem spać. Po zmroku nie za bardzo jest się czym zająć, ze względu
na brak elektryczności. Większość zapisków prowadzę wieczorami przy
latarce.
Dzień 16:
Wynajęliśmy z Alanem łódź, aby dostać się na Mumbo Island,
położoną 6 km od brzegu. Była to bardzo udana wyprawa podczas, której
widzieliśmy śnieżnobiałe Labidochromis, urodziwą odmianę Tropheops zwaną 'Tropheops
Lilac', również pięknie wybarwionego samca Echilus i wiele innych ryb z grupy Utaka. Obiad
składał się z ryb i ryżu. Oddałbym DUSZĘ za wołowe bitki.
Dzień 17 – Ostatni cały dzień nad jeziorem:
Próbowałem dzisiaj trochę popływać na desce imitującej
surfing. Nie jestem w tym najlepszy ale zabawa była przednia. Byliśmy
ponownie nurkować w okolicach Otter Point. Woda była zmącona przez to,
że dzień był dosyć wietrzny. Miałem wiele szczęścia mogąc zobaczyć parę Tilapia
redallii, gatunek, który
można zaobserwować głównie przy ujściach rzek, i który jest jedynym
gatunkiem jajorodnym oraz nieendemicznym
w jeziorze Malawi. Tego wieczora kilku miejscowych chłopaków ugotowało
dla nas kaczkę na plaży, jako pożegnalny prezent. Dałem im moją maskę i
rurkę do nurkowania na pamiątkę. Jest to rzecz nie do zdobycia w całym
Malawi. Mając ten drobiazg będą mogli trochę zarobić zabierając na
łódki turystów i pokazując im ryby. Zaskakujący był fakt, że większość
z przewijających się w Cape Maclear turystów prawie nic nie wiedziała o
pielęgnicach z jeziora. Większość z nich zatrzymała się tu przypadkowo,
podróżując przez Afrykę z nastawieniem na odpoczynek i relaks,
najchętniej w kłębach skrętów z lokalnych traw.
Dzień 18:
Nadszedł czas odjazdu. Czuliśmy głęboki smutek musząc
rozstawać się z przyjaciółmi, których poznaliśmy na Cape Maclear i
spoglądając na oddalającą się wioskę z wiozącej nas ciężarówki
obiecaliśmy sobie, że pewnego dnia wrócimy nad Malawi – GORĄCE SERCE
AFRYKI.
tekst i zdjęcia
Steve Thompson ARCHIWUM 2000-2006 © Copyright info: PolskieMalawi |
Artykuł ten po raz pierwszy ukazał się na łamach
"Cichlid Circular", NSW Cichlid
Society, a
następnie Aquarticles, tu zaś prezentowany
jest za zgodą autora.
|